Dwa lata temu zdecydowałem się zrobić krok naprzód w mojej programistycznej „karierze” i odejść z firmy, w której pracowałem od 6 lat. Była to moja pierwsza zmiana pracy, więc miałem przy tym pewne obawy. Szczególnie, że 3 miesiące wcześniej powiększyła się nasza rodzina. Dziś nadal programuję dla Roche’a i, o dziwo, ta sytuacja cały czas mi się podoba. Dwa lata temu nie przeszło mi nawet przez myśl, że programista w korporacji może nauczyć się więcej niż w software housie. Dziś wiem, że to jest absolutnie możliwe. No ale może po kolei.

6 lat w software housie

Pierwszy etat

1 lipca 2009 roku. Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Był ciepły letni poranek. O godzinie 10:00 miałem zaplanowaną rozmowę kwalifikacyjną w lokalnym (chociaż pracującym globalnie) software housie. AIS.PL, bo tak się nazywa, cieszył się w owym czasie bardzo dobrą renomą i był obiektem moich westchnień 😀 Kilka dni wcześniej szczęśliwie zakończyłem czwarty rok studiów, więc to był idealny moment na podjęcie pierwszej pracy i zakończenie studiów z rocznym doświadczeniem w branży. AIS.PL świetnie się do tego nadawał również ze względu na liberalne podejście do studentów i umożliwianiu pracy na 2/5 etatu. Można więc powiedzieć, że mi zależało 🙂

Dokładając do tego to, że:

  1. bardzo nie lubię się spóźniać,
  2. do siedziby firmy musiałem dojechać autobusem podmiejskim,
  3. nie wiedziałem dokładnie, w którym budynku znajduje się firma

postanowiłem wyjść z akademika (w którym mieszkałem wtedy z moją przyszłą, a dziś obecną żoną 😉 ) odpowiednio wcześniej. Ubrałem się w jedyną koszulę, którą miałem na stanie, a wychodząc minąłem panią sprzątaczkę ciskającą epitetami na prawo i lewo, po tym jak zobaczyła stan jedynej na piętrze kuchni.

Wcześniejsze wyjście uchroniło mnie przed spóźnieniem i umożliwiło awaryjny powrót do domu studenckiego, kiedy zorientowałem się, że gdzieś po drodze na przystanek autobusowy upaćkałem wspomnianą wcześniej koszulę. Delikatnie zestresowany, przy grzejącym słońcu wróciłem do akademika, żeby przebrać się w coś czystego. Pomyślałem, że lepiej włożyć świeży T-shirt, niż pójść na rozmowę w brudnej koszuli. Kiedy dotarłem na piętro, na którym znajdował się nasz pokój, zobaczyłem panią sprzątaczkę, która dopiero co uporała się z kuchnią, a teraz kończyła zmywać podłogę na korytarzu… na korytarzu, który musiałem przejść w całości, żeby dostać się do pokoju. Kto mieszkał w akademiku ten wie jak wygląda pani sprzątaczka, która widzi nadchodzących studentów chcących wejść na świeżo zmytą podłogę. Dla tych, którzy nie wiedzą – wygląda to mniej więcej tak 🙂

Na szczęście strudzona mina zmiękczyła serce asasyna i udało mi się przejść bez większych obrażeń 😉 Reszta poszła już bez niespodzianek. Przebrałem się, udałem na autobus, odbyłem rozmowę, na której szczerze, bez ściemy opowiedziałem o tym co potrafię (nie było tego wtedy zbyt wiele). Następnie wróciłem do domu, sprawdziłem maila, a tam, ku mojej uciesze, czekała już pozytywna odpowiedź od prezesa AIS.PL. Był to jeden z tych szczęśliwych dni, których nie zapomina się tak łatwo.

Gdy teraz patrzę na to po 8 latach, z chłodną głową i z dalszej perspektywy, to myślę sobie, że postronnym osobom ta sytuacja może wydawać się śmieszne. „Przecież to tylko praca. Jak nie ta to inna.” – mógłby ktoś powiedzieć. Tylko, że wtedy nie chodziło wyłącznie o pracę, ale o spełnienie jednego z marzeń. Dziś również do mnie docierają myśli, że była to tylko praca, ale wtedy było to dla mnie coś ważnego. Do firmy dołączyłem 13 lipca.

Szczenięce lata

Na początku wspomniałem, że z Sii i Roche’m współpracuję 2 lata i cały czas mi się to podoba. Cieszy mnie ta sytuacja, ale wiem, że o ten stan trzeba nieustannie dbać. Dlaczego? Bo przez pierwsze 2-3 lata pracy w AIS.PL również byłem bardzo zadowolony.

Ja miałem to szczęście, że zostałem zatrudniony jako praktykant, w momencie kiedy projekty nie paliły się z każdej strony, a starsi koledzy mieli czas na „mentorowanie” mi. Dostałem również czas na doszkalanie się i zasypywanie przepaści powstałej z powodu różnic pomiędzy skostniałym programem studiów, a tym co przynosi życie komercyjnego programisty. I w końcu miałem też ogromnego farta trafić pod skrzydła Michała Jaśtaka, który zaraził mnie ciągłą chęcią ulepszania kodu i profesjonalizmem w prowadzeniu projektów. To dzięki niemu byłem w AIS.PL tak długo i to dzięki niemu nauczyłem się tak wiele. Chłonąłem tę wiedzę jak gąbka.

Zasiedzenie

Pewna sytuacja, z pierwszych miesięcy mojej pracy na pełen etat (już po ukończeniu studiów), najlepiej oddaje to jak bardzo byłem zafascynowany pierwszą pracą. Kiedy jeden ze starszych kolegów, po siedmiu latach kończył swoją przygodę z AIS.PL i przenosił do innej firmy, powiedział mi, że zbyt długo się tu zasiedział i żebym nie popełniał tego samego błędu. 2-3 lata to maksimum. Reszta będzie stracona. Pomyślałem sobie: „Chłopie, co Ty wygadujesz?! Ja tu zamierzam emerytury doczekać!”. I nie był to sarkazm. Śmieszne prawda? 🙂 Teraz przyznaję: miał rację 😉 Słuchaj się starszych!

To tak nie działa. Programistę, dla którego programowanie jest pasją zatrzyma tylko możliwość rozwoju i nowe „zabawki”. W AIS.PL nowych zabawek starczyło dla mnie do około 2012 roku. W tym czasie miałem okazję dotknąć wielu nowych frameworków i bibliotek. Poznałem architekturę różnych projektów. Później było już tylko gorzej. Kolejne projekty były do siebie bardzo podobne, a ja jako ten „doświadczony” przejmowałem ich utrzymanie i zarządzanie od odchodzących z firmy kolegów i koleżanek.

Mimo wszystko bardzo lubiłem atmosferę i pracę w AIS.PL. Dlatego nie odszedłem od razu. Monotonie starałem się zabijać choćby wyjazdami na konferencje, organizowaniem JUG-a, czy dokształcaniem się po godzinach. Były też podwyżki i zmiany nazwy stanowiska. Coraz bardziej nie podobało mi się zarządzanie projektami i całodzienne wysyłanie maili oddalające mnie jednocześnie od kodu. Długo myślałem, że tak musi być i starałem sam siebie przekonać, że nadal jest fajnie. Nie było. Ale uświadomiłem to sobie co najmniej 2 lata po fakcie.

Obawy i prokrastynacja

Już wcześniej kilka razy myślałem o zmianie pracy. Ale z tym jest prawie jak z urodzeniem dziecka – nigdy nie ma „dobrego momentu”. Zawsze znajdowałem jakieś „ale”. No przecież atmosfera była fajna, nie było żadnych opóźnień w wypłatach, były premie, były wspólne grille, spotkania integracyjne, tenis stołowy, Xbox z FIFĄ 2014 😉, karta MultiSport… tym wszystkim można na jakiś czas zaspokoić sobie „głód kodu”. Kiedy jednak uświadomisz sobie, że tym co Cię najbardziej kręci w pracy jest programowanie, to te „zapychacze” nie dają rady. Myśli o odejściu pojawiały się coraz częściej.

No ale kredyt spłacać trzeba. A jak trafię na niewypłacalnego pracodawcę? Poczekam, może coś się zmieni na lepsze.

Nie zmieniło się. No ale za pół roku jubileuszówka, to jeszcze tyle poczekam.

Hmm… żona w ciąży – teraz zmieniać pracę? Poczekam.

No tak… tylko, z czym wiąże się ciąża? Z niechybnym powiększeniem rodziny i pojawieniem się maluszka, któremu trzeba poświęcić swoją uwagę i zarobić na pieluchy. Przecież to nienajlepszy czas na zmianę pracy… poczekam.

NIE! Nie poczekam! Dłużej już nie mogłem. Pękłem.

Cele

Kiedy już dorosłem do tej decyzji, postanowiłem sobie, że chciałbym spróbować samozatrudnienia (czego efektem „ubocznym” jest ten blog 🙂 ). Szukałem więc ofert kontraktów dla Javowców w Toruniu. Tych w tamtym czasie nie było. Wszędzie etaty. No może nie wszędzie, ale nie zależało mi też, żeby dostać się do pierwszej z brzegu firmy. Trzeba było więc postawić na pracę zdalną, bo Toruń bardzo lubię i nie miałem (i nie mam) zamiaru się stąd wynosić. Celowałem w zupełnie inną firmę, a oferty pracy dla Roche’a nie brałem na poważnie. Chciałem pracować dla software house’u, trafiłem do korpo. Zdecydowałem się tylko dlatego, bo desperacko pragnąłem zrobić krok do przodu.

Ten wpis NIE jest sponsorowany! Wszystko co tutaj napisałem powstało tylko i wyłącznie z mojej inicjatywy. Żadna z trzech wymienionych firm nie dała mi za to złamanego grosza, ani nawet nie poprosiła o napisanie czegoś takiego. Artykuł powstał po to, żeby pokazać Ci, że w firmie dowolnego typu można się sensownie rozwijać.

Programista w korporacji

Przyjąłem to co dostałem. Nie wybrzydzałem. Zaryzykowałem. Od początku byłem sceptycznie nastawiony. O korporacjach słyszałem tylko tyle, że „zjadają ludzi” ;), są na bakier z nowymi technologiami, cały czas utrzymuje się kod w Javie 1.3, a w piwnicach trzymają smoki 🙂

Czy ja faktycznie pracuję dla korporacji?

Pracę dla Roche’a rozpocząłem 2 listopada 2015 roku. Ze względu na pierwszą zmianę pracy i obawy z tym związane, już na samym początku postanowiłem wynająć biuro. Nigdy wcześniej nie pracowałem całkowicie zdalnie, więc chciałem mieć to odseparowanie pracy od domu.

Dołączyłem do nowo-tworzonego projektu „tylko na chwilę” jako dodatkowy developer, a „zostałem na zawsze” 😉 Już na samym początku zaskoczyły mnie wykorzystywane technologie. Począwszy od Javy 8, poprzez najnowszego Springa i testy jednostkowe pisane w Groovy (w oparciu o Spocka), aż po Angulara i różne inne fancy extra modne technologie frontendowe. Prawda, że nie było to „rocket science”, ale też idea projektu nie była jakaś skomplikowana. Generalnie był to CRUD komunikujący się na różne sposoby z kilkoma dziwnymi serwisami, więc sama integracja z nimi była ciekawym wyzwaniem.

Z technologii byłem zadowolony, ale tym co spowodowało, że wszelkie obawy po zmianie pracy odeszły w niepamięć był zespół. Miałem tego farta trafić na osoby, które potrafią pracować nie tylko z komputerami, ale także z innymi ludźmi. Życzliwi, pomocni, uczynni. Nikt nigdy nikogo nie zostawia samemu sobie. Zawsze można do nich napisać lub zadzwonić i zawsze otrzyma się przynajmniej próbę pomocy. Co więcej, oprócz świetnej atmosfery w teamie nie brakuje, nie mniej ważnego, profesjonalizmu i podejścia do pracy. Mądre wykorzystanie Scruma, code reviews i CI sprawiło, że wszyscy uczymy się od siebie nawzajem, a założone wymagania dowozimy na czas, utrzymując jednocześnie wysoką jakość kodu.

Z tymi ludźmi mógłbym pracować nawet w Apache Struts 1 😉 No dobra, może trochę mnie poniosło :), ale to właśnie dzięki temu wszystkiemu, przez długie miesiące w ogóle nie czułem, że pracuję dla korporacji. Zresztą nadal tego dobrze nie odczuwam.

BTW. Jeżeli chciał(a)byś otrzymać najbardziej merytoryczne code review jakie widział[a|e]ś w swoim życiu, to zgłoś się do tego pana 😉

Polityka mnie nie tyka

Jeśli obawiasz się pracy dla korporacji to mam dla Ciebie jedną wskazówkę, którą sam stosuję. Ja unikam polityki. Nie próbuję zrozumieć hierarchii jaka panuje w Roche. Bez znaczenia jest dla mnie kto tam jest Super Awesome Managerem, Extra Simple Managerem, czy też Even Better Managerem. Zupełnie to pomijam. Skupiam się tylko na moim zespole, managerze projektu oraz osobach, z którymi mam się kontaktować w sprawie ewentualnych niejasności. Oczywiście przez to nie będę się wspinał po szczeblach korporacyjnej kariery. Ale ja tego nie chcę. Ja chcę programować, dostarczać solidne rozwiązania i dobrej jakości kod. Reszta mnie nie obchodzi.

Być może takie podejście dziwnie wygląda, ale mi od dwóch lat jest z tym bardzo dobrze. Praktycznie nie widzę różnicy pomiędzy pracą w software housie, a pracą dla korporacji. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku pracuję z pewną określoną grupą ludzi wytwarzając oprogramowanie dla jakiegoś klienta. Jedyne co się zmienia, to to kto jest klientem.

Plusy pracy dla Roche poprzez Sii

Zdradzę Ci teraz pokrótce co mi się podoba, a czego nie lubię w pracy dla Roche/Sii. Zacznijmy od pozytywów 🙂

  • możliwość całkowitej pracy zdalnej – Nie spodziewałem się tego, ale bardzo polubiłem pracę zdalną, a że rynek firm programistycznych w Toruniu nie jest duży, to bardziej zwracam uwagę na oferty pracy zdalnej. A tych mimo wszystko, w firmach działających w Polsce, nie ma (jeszcze) zbyt dużo.
  • godziny pracy do dogadania – Pomimo niepisanej zasady, że kilka godzin dziennie „spędzamy razem” online, to wszystko jest do dogadania. Ja na przykład przyzwyczaiłem się do rozpoczynania pracy o 7 rano i kończenia o 15, ale kiedy jest potrzeba to nie ma problemu z wyjściem i załatwieniem czegoś, dopracowując brakujące godzinny w innym terminie.
  • świetny team – To akurat nie jest domena całego Roche’a, bo przekonałem się już, że różnie z tym bywa (jak wszędzie). Niemniej jednak warto wiedzieć, że można tam znaleźć prawdziwe perełki 😉
  • super managerowie – Do tej pory miałem styczność z dwoma „łącznikami pomiędzy biznesem, a developerami” (nazwę to tak, bo nie interesuje mnie faktyczny tytuł). I trafiłem na wyśmienitych ludzi, którzy potrafią idealnie wyważyć pomiędzy potrzebami Biznesu, a tym co faktycznie jesteśmy w stanie w danym momencie dostarczyć. Nigdy nie zdarzyło się, żeby gonili nas do pracy „na wczoraj”, bo Biznes chciał mieć coś zrobione ASAP.
  • brak nadgodzin – Wynika to poniekąd z podejścia wyżej wspomnianych managerów, którzy tak negocjują terminy i dogadują zakres (z naszym wsparciem), żeby wszystko było dowożone w rozsądnym terminie, ale nie „na hura”.
  • prowadzenie projektów – Scrum, code reviews, CI, czas na refactoring i aktualizacje zależności. To wszystko powoduje, że praca nad kodem jest naprawdę bardzo przyjemna.
  • sprawna administracja – Wszystkie powyższe plusy dotyczyły Roche’a, bo to właśnie z nim przez 99% czasu mam styczność. Pozostały 1% to administracja Sii. Wszelka papierkowa robota związana z umową, dniami wolnymi, czy fakturami należy właśnie do nich. Sam jestem przypisany do poznańskiego oddziału. Zawsze wszystko idzie sprawnie, a moje zdalne usytuowanie nie stanowi żadnego problemu.
  • brak problemów z fakturami – Doszły mnie słuchy z pewnej innej „kontraktorni”, że zdarzają się problemy z terminowością przelewów za faktury. Mnie w Sii nigdy nic takiego się nie zdarzyło. Pieniądze zawsze w ustalonym terminie lądują na moim koncie.

Minusy pracy dla Roche poprzez Sii

Nie myśl, że ta współpraca, to same plusy. Są też minusy. Nie mniej jednak żaden nie jest (dla mnie) na tyle poważny, żeby zachęcał mnie do rezygnacji z współpracy.

  • podwójne monitorowanie czasu – Roche ma swój system do zgłaszania przepracowanych godzin, a Sii swój. W obu muszę raportować czas. Na szczęście Sii wymaga raportu raz w miesiącu i tak naprawdę liczy się dla nich tylko sumaryczna ilość godzin bez szczegółowego opisu, a Roche odbiera raporty tygodniowe, w których oprócz ilości godzin podaję identyfikatory zadań z JIRY.
  • „podwójne” załatwianie wolnego – Mimo, że nie korzystam z wolnego zbyt często, to jak już do tego dochodzi, to procedura mnie przerasta 😉 „Przerwę w świadczeniu usług”, bo tak to się ładnie nazywa muszę dograć zarówno w Roche’u jak i w Sii.
  • niepotrzebne szkolenia – Roche ma ogromną listę szkoleń, którą każdy pracownik musi odbyć, żeby móc pracować zgodnie z „etosem” 😉 Ja musiałem ukończyć w sumie jakieś 25-30 mini-kursów. Na szczęście są one krótkie, więc całość zajmuje jakieś 2-3 dni i jest to praktycznie jednorazowa sprawa (zaraz po dołączeniu do Roche’a). Nowe kursy pojawiają się raczej sporadycznie. Nie zmienia to jednak faktu, że 99% treści tych „szkoleń” dotyczy wyłącznie pracowników medycznych pracujących w biurach Roche’a, a ukończyć muszę je wszyscy.
  • narzucanie części rozwiązań – Raz lub dwa zdarzyło się, że jakieś oprogramowanie zostały nam narzucone do wykorzystania z góry (np. Sharepoint jako storage plików). Powody są dwa: 1. jedna korporacja sprzeda drugiej korporacji super extra soft klasy enterprise (a jak pieniądze już wydane to przecież nie może to leżeć odłogiem) lub 2. korporacja wydała pieniądze na wyprodukowanie własnego narzędzia i próbuje podczepić je w każde możliwe miejsce nie patrząc na to, że istnieją bardziej dedykowane rozwiązania open source. Na szczęście to nie zdarza się często, a integracja z takimi systemami staje się później ciekawym wyzwaniem 😉
  • opory przy wprowadzaniu nowych rozwiązań – Roche prowadzi swój własny radar technologiczny i nie ma co narzekać, bo znajduje się na nim wiele nowych narzędzi. Nie ma oczywiście co liczyć na wczesne wersje alpha, ale i tak jest dobrze 🙂 Problem pojawia się gdy próbuje się przeforsować wykorzystanie czegoś spoza radaru, a potęguje się, jeżeli na radarze znajduje się „podobne” rozwiązanie (patrz punkt wyżej).
  • 20-30% mniej pieniędzy niż bezpośrednio – Plusy zakończyliśmy finansami, to minusy zakończmy analogicznie 😉 Sii jako pośrednik zgarnia dla siebie prowizję. W teorii jest to coś około 25%. To jak jest w praktyce już raz rozważałem. W zamian oferuje ciągłość pracy (i kilka innych rzeczy), która w moim przypadku akurat się sprawdza.

Mam nadzieję, że nikt mnie po tym wpisie nie zwolni 😉

BONUS! PDF: „FAQ: Jak pracuje się dla Roche/Sii?”

Niniejszy artykuł postanowiłem opublikować ze względu na dużą ilość pytań na temat pracy dla Roche/Sii jaką od Was dostaję. Historia związana z AIS.PL to tylko dodatek 😉 Mam nadzieję, że na większość z nich odpowiedziałem powyżej. Odpowiedzi na wszystkie zadane mi do tej pory pytania znajdziesz w skondensowanym FAQ w postaci pliku PDF.

Żeby go otrzymać wystarczy, że sprzedasz nerkę adres email, na który mam go wysłać. Nie obawiaj się spamu. Sam go nie lubię.

Formularz umożliwiający pobranie PDF-a znajdziesz nieco niżej. Pamiętaj, żeby podczas zapisywania się zaznaczyć odpowiedni checkbox.

It’s all about the people

Ideą tego wpisu było obalenie mitu związanego z pracą w korporacji. Działów developerskich korporacji nie tworzą smoki, ogry i trolle, tylko ludzie.

I to na jakich ludzi trafisz zależy od opinii jaką sobie wyrobisz. Sceptyk zapewne pomyśli teraz, że „korpo mnie pochłonęło”. Dupa, gówno! Myśl sobie co chcesz, ale dla mnie liczy się tylko zespół, z którym pracuję. To ich nie chce zawieźć, a nie korporację.

Jeżeli:

  • powyższy wpis oraz FAQ nie rozwiały Twoich wątpliwości lub
  • przekonałem Cię do spróbowania swoich sił w pracy (niekoniecznie B2B, niekoniecznie zdalnej) dla Roche/Sii

to skontaktuj się ze mną mailowo. W obydwu przypadkach coś poradzimy 🙂

jaka jest Twoja historia? Miał[a|e]ś kiedyś podobne odczucia? Podejrzewam, że 90% osób pracujących dla software house’ów myśli o pracy dla korporacji analogicznie do tego jak myślałem ja. Jeżeli tylko masz odwagę się podzielić swoim zdaniem, to chętnie przeczytam je w komentarzu poniżej. Zapraszam!

Bądź na bieżąco!

Podobają Ci się treści publikowane na moim blogu? Nie chcesz niczego pominąć? Zachęcam Cię do subskrybowania kanału RSS, polubienia fanpage na Facebooku, zapisania się na listę mailingową (spokojnie, nie rozsyłam spamu):



lub śledzenia mnie na Twitterze. Generalnie polecam wykonanie wszystkich tych czynności, bo często zdarza się tak, że daną treść wrzucam tylko w jedno miejsce. Zawsze możesz zrobić to na próbę, a jeśli Ci się nie spodoba – zrezygnować :)

Chcesz więcej? W takim razie zapraszam Cię do dołączenia do powiązanych grup na Facebooku, gdzie znajdziesz dodatkowe informacje na poruszane tutaj tematy, możesz podzielić się własnymi doświadczeniami i przemyśleniami, a przede wszystkim poznasz ludzi interesujących się tą samą tematyką co Ty.

W grupie Programista Na Swoim znajdziesz wiele doświadczonych osób chętnych do porozmawiania na tematy krążące wokół samozatrudnienia i prowadzenia programistycznej działalności gospodarczej. Vademecum Juniora przeznaczone jest zaś do wymiany wiedzy i doświadczeń na temat życia, kariery i problemów (nie koniecznie młodego) programisty.

1 000 000 zł

Milion złotych. Tak, milion złotych. Milion złotych to cel, który sobie postawiłem jakiś czas temu. Chcę zarobić milion złotych na tym blogu. Do tej pory zebrało się 6259,56 zł, więc jak widzisz jeszcze trochę brakuje. Jeszcze nie wiem do końca jak, ale to zrobię. Na pewno nigdy nie będę pobierał żadnych opłat za dostęp do treści, bo tymi chcę się po prostu dzielić.

Wysoko ponad ten milion stawiam na szerzenie wiedzy i dotarcie do jak największej liczby osób. I tu mam prośbę do Ciebie: jeśli uważasz, ten artykuł za wartościowy, to udostępnij go proszę swoim znajomym. Przy lewej lub dolnej (na małych wyświetlaczach) krawędzi ekranu znajdziesz przyciski, które Ci to ułatwią. Jeżeli ich nie widzisz, to najprawdopodobniej zostały zablokowane przez Twój program do blokowania reklam. Niezależnie od tego, czy prześlesz ten wpis dalej, czy nie, to ja i tak dziękuję Ci serdecznie za doczytanie do tego miejsca! Do przeczytania niebawem.

PS. Jeśli mój blog przypadł Ci do gustu tak bardzo, że chciał(a)byś mi się w jakiś sposób odwdzięczyć, to mam dla Ciebie kilka ciekawych propozycji, z których możesz skorzystać. Szczególnie gorąco zachęcam do wsparcia poprzez serwis Patronite, ale jeżeli zdecydujesz się na którąkolwiek z wymienionych opcji, to serdecznie Ci za to DZIĘKUJĘ!

Picture Credits